| [źródło] |
Lilly Valance jest świetnie zapowiadającą się młodą
tancerką. Jej matka każdy odłożony grosz inwestowała w lekcje tańca, śpiewu czy
dykcji dziewczyny. Chciała, aby jej córka miała przed sobą lepszą przyszłość.
Ojciec dziewczyny zginął w czasie wojny, a jej widmo towarzyszyło Lilly przez
niemal całe dzieciństwo, dlatego gdy dorosła, nie chcę słyszeć o tamtych
czasach. Stara się odciąć od przeszłości, żyć teraźniejszością i zrealizować
swoje plany i marzenia.
W czasie jednego ze swoich debiutanckich występów Lilly
spotyka kapitana Stephena Wintera, który młodziutką kobietą jest
zafascynowany. I chociaż ich znajomości
przeciwna jest matka dziewczyny, to jednak zgadza się na kilka spotkań, w
czasie których mężczyzna zaczyna coś
czuć do Lilly. Jednak nie jest ona taki, jaki się najpierwszy rzut oka wydaje. Stephen
walczył na wojnie, a jej widmo
towarzyszy mu do dnia dzisiejszego. Gdy niespodziewanie umiera matka Lilly,
godzi się ona wyjść za Wintersa. Nie wie, że jej przyszłe życie, w domu, gdzie
nauczono się milczeć w przypadku jakichkolwiek problemów, nie będzie usłane
różami.
Gregory poznałam
w nieco innym wydaniu. Na razie za mną cała seria o Wojnie Dwu Róż, którą
jestem zachwycona tak samo jak i pierwszym tomem z Cyklu Tudorowskiego. I
chociaż Czarownica, która nie należy
do obu serii, przypadła mi do gustu przez rozpoczęciem Żony oficera miałam
pewne obiekcje. Jakie są moje wrażenia?
W książce akcje można porównać do powolnego nurtu rzeki,
który od czasu do czasu musi pokonywać jakieś przeszkody- czasem większe, a
czasem mniejsze. Dopiero gdy dochodzi do urwiska przyśpiesza i staje się
wodospadem. Żona oficera jest
powieścią, której trzeba poświęcić trochę czasu. Nie da się jej przeczytać tak
na raz czy dwa. Aby się „wciągnąć”
należy spokojnie usiąść, czytać fragmentami i nie wszystko na raz, bo wtedy powieść
wyda nam się nudna. A uwierzcie mi na
słowo, wcale tak nie jest. Ja sama czytając chwilami wątpiłam, czy uda mi się
dobrnąć do ostatnie strony. Niektóre fragmenty były rozciągnięte i rozwleczone
w czasie jak tylko się dało, a ciekawe momenty i chwile szybko się kończyły.
Dopiero gdy Lilly, już jako mężatka, przeprowadza się do domu Wintersów,
zaczęłam się bardziej wciągać.
Autorka skonstruowała cudowne postacie. Z wadami, nie
idealne. Lilly, która z początku wydawała mi się trzpiotką, która nic nie wie o
prawdziwych problemach i ma zbyt wysokie mniemanie o sobie, pokazała swoją
prawdziwą twarz dopiero z czasem. Okazało się że jest kobietą, która będzie
starała się zrobić niemal wszystko, aby dopiąć swego. Nawet siedzieć cicho jak
przysłowiowa mysz pod miotłą i udawać kogoś, kim nie jest. Oprócz ojca jej
męża, który leży w łóżku sparaliżowany, nie ma ona bliskiej sobie osoby w tym
„nowym” życiu. Wywodzi się z warstwy pracującej, co budzi niechęć pani Winters
. Nosiła ona maskę, aby móc ukryć się przed otaczającym ją światem. Musiała żyć
w domu, gdzie na wszystko kładziono „kurtynę” milczenia. O problemach się nie
rozmawiało, co sprawiło, że Lilly musiała stać się twarda.
Natomiast Stephen który z początku wydawał mi się
gentelmanem, pełnym wyrachowania mężczyzną który dla ukochanej jest w stanie
zrobić wszystko, nie ukrywał długo swojej prawdziwej twarzy. Zmieniła go wojna.
Pozostawiła trwały ślad w jego psychice, chociaż wydaje mi się że był on taki
przez całe swoje życie, krzywdzony przez rodziców, którzy bardziej kochali jego
starszego brata. Dopiero później, traumatyczne wydarzenia w których uczestniczył
odpaliły zapłon, który doprowadzić miał do wybuchu. Jednak jego prawdziwą twarz odkrywa autorka
krok po kroku.
Ich wspólne relacje nie były łatwe, chociaż z początku ich
życie zapowiadało się być sielanką. Z czasem każde z nich zaczęła pokazywać
swoją prawdziwą twarz, a to co czują do siebie byłoby idealne studium przypadku
dla niejednego psychoterapeuty.
Zakończenie mnie zaskoczyło i zamurowało. Nie spodziewałam
się że akcja potoczy się w tym kierunku, sprawiając że do ostatnich rozdziałów
wracałam trzy razy, przez co nie spałam dotrzecie w nocy. Musiałam sobie
wszystko w głowie ułożyć.
Książkę polecam wszystkim, którzy chcą sobie zająć czas. Żona oficera jest powieścią dobrą, wartą
przeczytania i zapamiętania.
Za książkę serdecznie dziękuje Grupie Wydawniczej Publicat!