Każdy z nad ma swoje ulubione książki, lektury do których
wraca wielkim sentymentem. Kojarzą mu
się z beztroską, latami podstawówki (czy nawet jeszcze wcześniejszymi),
dziecięcymi zabawami. Już sam widok okładki przywołuje miłe wspomnienia, które
powoli rozgrzewają od środka i sprawiają że człowiek odpływa w świat marzeń i
wspomnień. Niektórzy uśmiechają się na widok Karolci (tak jak i ja), Awantury o Basię, Dzieci z Bullerbyn, Baśni
Braci Grimm, Harry’ego Pottera (wszystkie książki kocham całym sercem, bo
już w dzieciństwie lubiłam „uciekać” w inne wspaniałe i magiczne światy) Ania z Zielonego Wzgórza to książka,
która na stałe zagościła mojej głowie
ponad dziesięć lat temu, kiedy wszystkie części przygód rudowłosej dziewczyny
zgłębiałam z wypiekami na policzkach. Już dawno planowałam wrócić na Zielone
Wzgórze, obiecywałam to sobie już od dwóch lat. I gdy w końcu otworzyłam książkę,
wciągnęłam się w świat Ani już od pierwszych stron.
Ania to sierota, która dzięki szczęśliwemu zbiegowi
okoliczności została zaadoptowana przez rodzeństwo Cuthbertów, mieszkających na
Wyspie Księcia Edwarda w Avonlea, na farmie o pięknej nazwie Zielone Wzgórze. Chociaż
oczekiwali oni chłopca, który mógłby pomóc Mateuszowi w polu, przyjeżdża do
nich dziewczynka, której buzia się nie zamyka, ma sto pomysłów na godzinę i
talent do pakowania się w kłopoty.
Maryla i Mateusz nawet nie wiedzą kiedy mała rudowłosa dziewczyna wkrada
się w ich serca i zostaje tam na stałe.
Ania z Zielonego
Wzgórza to książka, a raczej zbiór opowiadań o życiu Ani. Jako dziecko ma
ona niewyobrażalny talent do pakowania się w kłopoty. I niesamowitą wyobraźnię,
która ukazała mi Avonlea jako bajkowe miejsce, których w świecie jest coraz
mniej. Gdy byłam dzieckiem bardzo zazdrościłam jej wyobraźni. Sama starałam się
zmieniać moje otoczenie za pomocą siły umysłu, Alenie wychodziło mi to tak
dobrze jak pannie Shirley. Przy tej książce nie sposób się nie uśmiechnąć.
Kłopoty Ani, chociaż z jednej strony mogą wydawać się poważne czytelnika
rozśmieszają i bawią. Chociaż i nie raz włos mógł się zjeżyć na głowie,
zwłaszcza gdy łódka, na której płynęła Ania zaczęła nabierać wody. I jak
wiadomo niemal wszystkim, bo ta książka była lekturą obowiązkową w podstawówce
(nie wiem czy jest nadal), zdarzyły się i łzy smutku. Już sam tytuł jednego
rozdziału wprawiał mnie w ogromną zadumę i smutek.
Nawet nie wiedziałam jak tęskniłam za Avonela. Za
Jeziorem Lśniących Wód i za tymi wszystkimi magicznymi miejscami. Czytałam
książkę z uśmiechem na twarzy i poświęcałam jej niemal każdą wolną chwilę,
chociaż powinnam siedzieć i się uczyć, jeżeli chcę zaliczyć semestr. Ania
przyciągała mnie magnetyzmem i czasami sama wyganiała do nauki, kiedy siedziała przy książkach, a mi robiło się
głupio i ze zwieszoną głową wracałam do biurka. Jednak nie potrafiłam zasnąć,
gdy nie przeczytałam chociaż jednego rozdziału. To było moje takie małe
uzależnienie. Z jednej strony to dobrze, że pod ręką nie miałam kolejnej
części, czyli Ani z Avonlea. Bo nie spałabym nic a nic. I książki leżałyby odłogiem
i o nauce przypomniałabym sobie dopiero w niedziele wieczorem.
Ania z Zielonego
Wzgórza to książka, do której wielu odczuwa głęboki sentyment. Mi Ania
towarzyszyła podczas niemal całej podstawówki, bo wielokrotnie wracałam do
książek napisanych przez Montogmery.
Dopiero teraz dostrzegłam że pozwoliła mi cieszyć się życiem, beztroską, ale jednocześnie
przekazała zapał do nauki i dążenie do spełnienia marzeń. I to od tej książki
naprawdę polubiłam czytanie.
Jeżeli nie czytaliście, to gorąco Was zachęcam. Ania z Zielonego Wzgórza to powieść
wielopokoleniowa. Dla wszystkich, niezależnie od wieku.
Ania z Zielonego Wzgórza | Ania z Avonlea | Ania na Uniwrystecie | Ania z Szumiących Topoli | Wymarzony dom Ani | Ania ze Złotego Brzegu | Rilla z Zlotego Brzegu | Ania z Wyspy Księcia Edwarda
