„Miłość
nie zawsze przychodzi, kiedy się tego chce. Czasami się po prostu przydarza
mimo naszej woli"
Czy wszystko co z pozoru wygląda idealnie, nieskazitelnie,
wręcz bez żadnej rysy jest takie naprawdę? Czy widzimy to, co jest
rzeczywistością, czy coś, co chcemy zobaczyć. I czy znamy naszych bliskich? Z
pozoru odpowiedzi na te pytania są proste. Jednak po głębszym zastanowieniu
zaczynają ogarniać nas wątpliwości. Jak bumerang powracają przykłady z
przeszłości: gdzieś słyszeliśmy o tym że ojciec zamordował córki, wujek
zgwałcił siostrzenicę. Wiele słyszmy o tych rodzinnych tragediach myśląc iż one
nas nie dosięgnę. Tak właśnie wydawało się Cathy, bohaterce książki Virginii
Anderws „Kwiaty na poddaszu”. Wiodła szczęśliwe życie z trójką rodzeństwa i
rodzicami, którzy ją kochali.
Rodzina Dollangangerów żyje szczęśliwe. Kochający rodzice,
duży dom. Tak właśnie ten okres wspomina Cathy, druga z
czwórki rodzeństwa. Jednak fortuna nie zawsze sprzyja, jak pisał Jan
Kochanowski. Odwraca się ona również od rodziny Cathy. Kiedy w wypadku
samochodowym ginie ojciec i mąż, rodzina pozostaje bez środków do życia.
Zrozpaczona matka postanawia wrócić do rodziców, jednak Ci wyrzekli jej się
kilka lat temu, kiedy to nie postąpiła zgodnie z ich wolą. Razem z dziećmi
wraca do rodowej posiadłości. Wie, ze musi odzyskać łaskę ojca, co nie będzie
proste, zwłaszcza gdy ten już na początku dowie się o dzieciach. Matka Corrine
postanawia zamknąć czwórkę rodzeństwa w pokoju na poddaszu dając im dostęp
jedynie do strychu, gdzie dzieci mogłyby się bawić. Z początku miało to być
zamknięcie na kilka dni, potem ewentualnie na miesiąc. Jednak ten krótki czas przeradza się w trzy
lata. Najkoszmarniejszy etap życia rodzeństwa.
„Może zakochani wcale nie
powinni patrzeć na ziemię? Ziemia oznacza rzeczywistość, a rzeczywistość
frustracje, nieprzewidziane choroby, śmierć, morderstwa i wszelkie inne
tragedie. Kochankowie powinni patrzeć w niebo, bo tylko tam ich piękne
złudzenia nie mogą być podeptane.”
Z początku nie wiedziałam czego mam się spodziewać po
książce. Widziałam dużo recenzji na blogach i prawie wszyscy się nią zachwycali.
Stwierdziłam ze trzeba w końcu przekonać się co w tej powieści jest takiego
magicznego i wciągającego. Zaczęłam czytanie i przepadałam. Wciąż powtarzałam
sobie „jeszcze jedna kartka” i „skończę tylko następny rozdział” - nawet nie zauważyłam kiedy skończyłam ‘Kwiaty na poddaszu’. Zszokowana jeszcze
długo potem nie mogłam zasnąć.
Książka była wydana kilkanaście lat temu, a potem zginęła z
półek w księgarniach. A ściślej : dwa pierwsze tomy, czyli ‘Kwiaty na poddaszu’
i ‘Płatki na wietrze’. Do swego czasu można je było znaleźć tylko w
antykwariatach. Jednak doczekały się ponownej publikacji wraz z pozostałymi
tomami. Powieść swojego czasu wywołała spore kontrowersje, a w pewnych kręgach
była nawet zakazana. Dlaczego?
„Nawet mając bogactwo i zdrowie,urodę i talent...
bez miłości nie ma nic. Miłość zmieniała rzeczy zwyczajne we
wspaniałe,wielkie,czarowne,przyprawiające o zawrót głowy.”
Powieść pani Anderws porusza wiele trudnych tematów, a
głównym z nich jest kazirodztwo. Nie chcę więcej zdradzać, ale wnikliwi
powinni się domyśleć kto z kim i dlaczego. A Ci co czytali wiedzą. Jednak nie
stało się to tak nagle. Autorka budowała napięcie w czytelniku z każdym dniem,
tygodniem i miesiącem jakie spędziło rodzeństwo na poddaszu.
Wzburzył mnie wizerunek matki rodzeństwa. Z początku-
kochająca, dobra… Książka pokazała, co może stać się z człowiekiem, kiedy ma
szanse zdobyć ogromne pieniądze. Ten ktoś zatraca ludzkie instynkty i liczy się
dla niego tylko tyle, aby nic nie stanęło mu na przeszkodzie w zdobyciu celu. Matka
nie widziała że jej dzieci są coraz bledsze, chudsze. Odwiedzała je coraz
rzadziej myśląc, ze nieobecność wynagrodzą prezenty. I pomimo wielu okropności
dzieci nadal ją kochały.
Jednak najbardziej zabolało mnie cierpienie rodzeństwa.
Współczułam im, a niejednokrotnie z moich oczu poleciały łzy. Los nie szczędził
im cierpień, a tych szczęśliwych chwil było mało. Babcia, która ustanowiła
wiele zasad zabraniała im nawet patrzeć na słońce, na czym najbardziej
ucierpiały bliźniaki. Ciągle chorowały
byli stosunkowo mali jak na swój wiek.
Zdarzyło się tak, że przez dwa tygodnie nie dostali nic do jedzenia. A
wszystko za karę. Bo byli „nasieniem
piekielnym”.
| źródło |
Książka mi się podobała i mogę ją spokojnie włączyć do
kanonu moich ulubionych. A co do filmu?
Kiedy książkę przeczytała moja mama stwierdziła że chyba oglądała
kiedyś film. Zmusiło mnie to do myślenia i po kilku dniach wklepałam w
wyszukiwarkę „Kwiaty na poddaszu”. I znalazłam. Film powstał w 1987 roku. I od
czego by tu zacząć. Może od aktorów. Najbardziej jak dla mnie dobraną rolą była
postać babci, Olivii, zagrana przez Louise Fletcher. Jak na tamte czas, była ta postać
niesamowicie dopracowana. Co do reszty- film był ciekawy, ale mnie nużył. I był
za bardzo smętny, przez co oglądałam go ze cztery raz, aż w końcu skończyłam. W
filmie pojawiło się sporo nieścisłości, a szczególnie raziło mnie w oczy
zakończenie. Diametralnie zmienione. Nie tak je sobie wyobrażałam. Chociaż w
tym momencie reżyser mógł trzymać się książki.
Wyzwania : Najpierw książka, potem film.
Kwiaty na poddaszu | Płatki na wietrze | A jeśli ciernie... | Kto wiatr sieje | Ogród cieni
