Lubię historie, w których teraźniejszość przeplata się z przeszłością, a bohaterowie muszą cofnąć się w czasie, aby rozwikłać i wyciągnąć na światło dzienne tajemnice i sekrety, które wydają się pogrzebane przez wir historii. Powieść Meredith Jaeger to historia, która może nie jest ambitna, ale ma w sobie wszystko to, co lubię. I jest idealną lekką lekturą, gdy potrzebujemy odskoczni od codzienności.
Rok
1876. Hannelore Schaeffer jest Niemką, która wraz z rodziną przybyła do San
Francisco w poszukiwaniu lepszego życia. Niestety, matka dziewczyny zmarła, a
ojciec, kowal, w większości czasu pije i awanturuje się. Utrzymanie rodziny,
trójki młodszego rodzeństwa, spoczywa na barkach Hanny. Pracuje jako szwaczka
wraz z Margaret O’Brien, która podobnie jak bohaterka, przybyła do San
Francisco za lepszym życiem. Opuściła rodzinną Irlandię, zostawiając tam swoją
ukochaną babcię. Życie dziewcząt nie rozpieszcza, a obowiązki przytłaczają. Gdy
do zakładu przychodzi młody sir Lucas, ich życie się zmienia. Za namową
przyjaciółki Hanna zakłada piękną suknię i udaje się na randkę z młodym
dżentelmenem. Niestety, tej samej nocy Margaret znika niemal bez żadnego śladu.
Hanna wraz z Lucasem rozpoczynają poszukiwania, podczas których rodzi się
między nimi uczucie. Dzieli ich wszystko – pochodzenie, majątek, rodzina. Czy
uda im się odnaleźć Margaret i wieść szczęśliwe życie?
W
San Francisco, w czasach obecnych, młodziutka Sarah Havenworth przez przypadek
napotyka artykuł o zaginięciu dwóch młodziutkich szwaczek. Odkłada na bok swoją
pracę magisterską i wpada w wir dziennikarskiego śledztwa. Czy uda jej się
dowieść prawdy? I czy jej sekrety ujrzą światło dzienne?
W
powieści Meredith Jaeger znaleźć można mnóstwo tajemnic, które atakują
czytelnika już niemal od pierwszej strony. Tak jak w większości takich
historii, bardziej skupiłam się na przeszłości. Wydarzenia sprzed niemal 150
lat interesowały mnie bardziej niż to, co działo się współcześnie. Chociaż
tajemnica skrywana przez Sarah miała w sobie coś przyciągającego. Autorka, posługując się narracją
pierwszoosobową rozrzuca skutecznie przynęty, które kuszą. Sarah od razu nie
zdradza całej prawdy nawet przed sobą, a co dopiero przed mężem. Czytelnikowi
też pozostawia domysły. Dopiero później, po niemal całej historii, opowiada
wszystko tak jak było naprawdę. Znany zabieg literacki i jak się okazało,
skuteczny. Wracając do wydarzeń z 1876 roku – wątpiłam, że bohaterce uda się
rozwikłać sprawę Hanny i Margaret. Owszem, bardzo trzymałam za to kciuki, ale
ilość poszlak, czas jaki minął od tamtych wydarzeń, skutecznie mnie zniechęcał.
Chociaż Posag szwaczki to historia do
cna przewidywalna i mogłam się domyśleć zakończenia bez problemu, to moje myśli
pobiegły zupełnie innym torem.
Tuż obok tajemnic, które aż
wylewają się z kart powieści, jest bardzo dużo miłości.
Sarah ma męża, którego bardzo kocha. Pomiędzy Lucasem a Hanną także rodzi się
uczucie, które ma szanse wygrać z podziałami klasowymi, jakimi wtedy panowały. Miło
się to czytało. I bardzo szybko – język, jakim posługuje się autorka pozwala
wkręcić się w książkę bardzo szybko. Przenosimy się do San Francisco – tego teraźniejszego
i z przeszłości i widzimy zmiany, jakie zaszły w mieście i mentalności ludzi. Jeżeli ktoś pragnie przeczytać coś, gdzie
uczucie można spotkać już na pierwszych kartach, to Posag szwaczki będzie dla
was idealnym wyborem.
Najbardziej
interesującą bohaterką była Hanna. Zawzięta, skłonna dla dobra swojego
rodzeństwa zrobić wszystko. Stawia czoła ojcu, zakochuje się, szuka
przyjaciółki. Była najlepiej nakreśloną postacią książki. W przeciwieństwie do
Sarah, która wydała mi się strasznie mdła. Nie mogłam nawiązać z nią nici
porozumienia, a momentami straszliwie irytowała. Tuż obok dziewcząt w powieści pojawia się wiele innych bohaterów –
Lucas, Margaret – mniej lub bardziej istotnych dla historii. Co najważniejsze,
nie ma ich aż tak wielu, przez co w powieści nie można się pogubić.
Autorka
zwróciła również uwagę na inny problem – sytuacje imigrantów w San Francisco w
latach siedemdziesiątych XIX-o wieku. Może i nie ma wielu danych źródłowych, ale
nędza, w jakiej przyszło żyć ludziom, którzy w Ameryce upatrywali swoją szansę
na lepsze życie przeraża.
Posag szwaczki
to lektura lekka i przyjemna, na jeden wieczór. Raczej szybko o niej zapomnę,
ale czas, który z nią spędziłam nie uważam za stracony.
Za możliwość przeczytania książki dziękuje Wydawnictwu Prószyński i Spółka!
