Zakończenie
Dworu Cierni i Róż było bardzo
zadowalające. Autorka pięknie zakończyła swoją wersję bajki o Pięknej i Bestii.
Feyra stała się jedną z fae, a swoją determinacją i miłością zaimponowała innym
mieszkańcom Pythianiu. Wraz ze swoim ukochanym Tamilnem wróciła do Dworu
Wiosny, aby tam wieść szczęśliwe życie przez całe, długie stulecia. Brzmi
pięknie prawda? Ale skoro wszystkie jest takie słodkie, to dlaczego mamy
kontynuacje? I co z Rhysandem i przymierzem, który łączy go z Feyrą? Niestety,
dziewczyna nie może pogodzić się z tym, co musiała zrobić Pod Górą. Wydarzenia
tamtych tygodni wracają do niej w sennych koszmarach, a ona sama nie może
odnaleźć tamtej siebie. Jest przybita. I nie znajduje wsparcia w Tamlinie,
który, odzyskawszy wszystkie swoje moce, chcę chronić ukochaną przed całym złem
świata. I robi to, nie zważając na prośby Feyri, że czuje się zamknięta. Gdy
upomina się o nią Rhysand, dziewczyna nie jest już tą samą osobą. Zgubiła
własne ja.
Dodatkowo,
niebezpieczeństwo, które zdawało się zostało unicestwione Pod Górą, nie minęło.
Zły król Hybernii rośnie w siłę i chcę odzyskać swoje utracone ziemie za murem.
Pokochałam
Dwór Cierni i Róż. Jak już
wspomniałam, przeczytałam go jednym tchem, a moje oczekiwania co do drugiego
tomu były… bardzo duże. Byłam niezmiernie ciekawa, co takiego autorka zafunduje
swoim czytelnikom w kolejnej części – o wiele obszerniejszej, o wiele
mroczniejszej. Obawiałam się syndromu
tomu drugiego. Znacie? Chodzi o to, że po tym pierwszym, dobrym, kiedy
oczekiwania czytelników skaczą w niebo, autor wydaje kontynuację i … bach. Poziom serii spada na łeb na szyje, mówić
kolokwialnie. Czy tak było w przypadku Dworu
Mgieł i Furii?
I
tak, i nie.
Po
pierwsze – bardzo, ale to bardzo nie spodobało mi się to, co autorka zrobiła z
Tamlinem. W pierwszej części przedstawiła go jako tego mężnego, dobrego,
zakochanego, odpowiedzialnego. Cud ideał. Jego miłość do Feyri nie była niczym
ograniczona, a on rozumiał jej potrzeby, pomimo tego, że wiele jej zakazywał (w
końcu była jeszcze śmiertelnym człowiekiem). W tej części autorka przedstawiła jakby zupełnie innego bohatera, który
zmienił się o 180 stopni. Nie odnalazłam w nim tych cech, które zaprezentowała
Mass w pierwszym tomie. Serce mnie bolało jak czytałam sceny z jego
udziałem. Tak samo Lucien – syn księcia Dworu Jesieni miał bardzo cięty język,
a w Dworze Mgieł i Furii jakby wyleciało z niego powietrze.
Chociaż
w pierwszym tomie zachowanie głównej bohaterki czasami mnie irytowało, to ją
polubiłam. Odważna, dzielna, dla miłości
gotowa zrobić wszystko, nie bojąca się przeciwstawić nawet okrutnej Amarancie.
To, co zaszło Pod Górą bardzo ją zmieniło, wpłynęło na jej postrzeganie świata
i to byłam w stanie zrozumieć. Feyra miała zasady moralne, których się twardo
trzymała. Niestety, w Dworze Mgieł i
Furii… zabrakło mi tej starej bohaterki. Czytałam o kimś zupełnie innym.
Nie chodzi mi tylko o jej załamanie nerwowe, ale o całokształt. Owszem, były
momenty, gdzie odzywała się w niej ta stara Feyra, ale było ich zdecydowanie za
mało.
Rhysand
ratuje sytuacje. W tej części jest go zdecydowanie więcej i on się wcale nie
zmienił. Mroczny, irytujący, z ciętym językiem, z maską i przeszłością, o
której chciałby zapomnieć. Gotowy poświęcić wiele dla tych, których kocha.
Książę Dworu Nocy dał się dobrze poznać dopiero teraz i nie od razu. Z
kolejnymi kartami powieści czytelnik tworzy sobie w głowie jego prawdziwy obraz.
Jest jedną z najbardziej pociągających męskich postaci nie tylko w Dworze.
Autorka
postanowiła w dość ciekawy sposób poprowadziła akcję książki. Jest to duży plus
– zaskoczyła mnie i rozbudziła ciekawość, zwłaszcza zakończeniem. Nie mogę się
doczekać aż na rynku pojawi się trzeci tom i dowiem się, jak cała historia się
zakończy. Bo chociaż bardzo bym chciała,
nie potrafię sobie wyobrazić odpowiedniego rozwinięcia akcji. Na nudę podczas
czytania Dworu Mgieł i Furii narzekać
nie można. Obok głównych postaci pojawia się wiele innych, nowych, ciekawie
wykreowanych. Nie wszystko Sarah J. Mass
zdradza od razu. Jedno jest pewne, nie jest już to baśń o Pięknej i Bestii w
bajkowej krainie ze szczęśliwym
zakończeniem.
Mam
mieszane uczucia co do Dworu Mgieł i Furii.
Z jednej strony jestem zachwycona tym, jak potoczyła się akcja. Autorka
wprowadziła wiele ciekawych postaci i pozwoliła poznać czytelnikowi nie tylko
Dwór Wiosny, ale inne tereny Pythianu, ale to, jak potraktowała Tamlina i Feyre
zabolało mnie. Nie mniej, czekam na trzeci tom!
