Potomkowie greckich
bogów, tajemnicze moce, piątka bohaterów i proroctwo? Nie trzeba mi nic więcej
mówić, biorę to w ciemno! Elementals. Proroctwo cieni
Michelle Madow, przekonało mnie do
siebie już na pierwszy rzut oka.
Nie miałam co do tej
książki zbyt wielkich oczekiwań – przy takich lekturach mam się dobrze bawić.
Wiele wybaczam, na wiele niuansów jestem w stanie przymknąć oko. Chcę tylko
wbić się w akcje, zżyć z bohaterami i razem z nimi uczestniczyć w tych wszystkich
przygodach. Podejrzewam, że nie tylko ja tak mam.
Nicole Cassidy
przeprowadza się z wielkiego miasta. Nowa szkoła, nowi przyjaciele i…
tajemnica. Dziewczyna okazuje się wiedźmą, potomkinią greckich bogów, tak samo, jak jej cała, nowa
klasa. Nicole uczy się panować nad mocą i musi uporządkować w głowie wszystkie
nowe wiadomości. Jednak los jej i czterech innych bohaterów odmienia Kometa
Olimpijska. Każdy z nich zostaje obdarzony mocą jednego z żywiołów. Niestety,
na świat zaczynają przedostawać się potwory, od tysiącleci przebywający w
więzieniu. Nicole, Kate, Chris, Blake i jego dziewczyna Danielle muszę zapanować nad całym chaosem i rozwiązać
tajemnicze proroctwo. Niestety, pomiędzy Blake’m i Nicole coś zaiskrzyło.
Ta książka miała
ogromny potencjał.
Super bohaterowie z
mocami żywiołów – są.
Greccy bogowie – są.
Trójkąt miłosny – jest.
Proroctwo – jest.
Co mogło pójść nie tak?
Wszystko.
Nawet nie wiem, od czego zacząć, aby te wszystkie
wady wypisać. Proroctwo cieni jest
strasznie schematyczne. Bohaterka, która przenosi się do małego miasteczka, do nowej szkoły i
poznaje tajemniczego chłopaka, który od pierwszej chwili wpada jej w oko. To,
że ma dziewczynę, jest jakąś nowością, którą autorka wprowadziła. Koło Nicole plącze
się nawet ten trzeci, zupełne przeciwieństwo tego mrocznego, tajemniczego i
zajętego.
Wszystko w tej książce
działo się za szybko. Bohaterka wchodzi do klasy, od razu na pierwszych kilku
stronach, i dowiaduje się, że jest potomkinią greckich bogów. Co więcej – ona
niemal z marszu akceptuje nową sytuację. Od razu, na pierwszej lekcji, okazuje
się, że przyswaja magię, chociaż wcześniej nie miała z nią styczności. I
nauczyciel widzi, że Nicole jest wyjątkowa. Gdy już jakiś czas później
bohaterka dostaje proroctwo, nie wie o co chodzi. Serio. Ja wiedziałam,
zanim doczytałam je do końca, a nie wiedziałam nic więcej niż bohaterka, bo
narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. Nicole zastanawia się przez 10 minut jaki jest sens w przepowiedni, po czym spotyka innego obdarzonego mocą i w 5
minut dochodzą do rozwiązania tej zagadki. Pokonywanie kolejnych kroków
przychodzi im zadziwiająco łatwo. Nie ma
tutaj żadnych niespodzianek, wszystko jest do cna przewidywalne. Czasami miałam
wrażenie, że autorka pędziła podczas pisania tej książki, wydała zaledwie
szkic, który wymaga dość sporego dopracowania.
I tym sposobem
przeszliśmy do głównej bohaterki. Nadzwyczajna, cudowna, niebanalna, obdarzona
zadziwiającą mocą. Jak ktoś taki może być aż tak bezbarwny, jak Nicole?
Serio, nic jej nie wyróżniało.
Autorka nie zechciała pochylić się nad jej postacią głębiej, tak samo, jak nad
pozostałymi bohaterami. Niektórzy mogą powiedzieć, że przecież Proroctwo cieni
to pierwszy tom, przecież wszystko jeszcze może się rozwinąć. Owszem, może, ale
nie mogę napisać nic więcej o każdym z bohaterów, niż jeden przymiotnik,
których ich opisuje.
Boli mnie to, że Proroctwo cieni to spalona szansa, bo
książka zapowiadała się ciekawie. Chociaż do cna przewidywalna, chciałabym
dowiedzieć się, jak dalej autorka poprowadzi akcje i czy może kolejne części
będą napisane lepiej. Nie, najbardziej interesuje mnie aspekt greckiej
mitologii i tego, co z niej w swojej powieści użyje Michelle Madow.