Gwendolyn
Sheperd to z pozoru normalna szesnastolatka. Uczęszcza do zwykłego liceum, ma
normalne rodzeństwo, irytującą kuzynkę i dystyngowaną babkę. Nic jej nie wyróżnia z tłumu. Ot, czasami zdarzy jej się wylać na
swój szkolny mundurek obiad. W przeciwieństwie do swojej kuzynki, Charlotty,
która od początku była przeznaczona do wyższych celów. Charlotte to chodządza
doskonałość. Rodzina Gwen od pokoleń dziedziczy tajemniczy gen podróży w czasie
i wszyscy są pewni, że to Charlotta będzie tą ostatnią, rubinem obdarzonym
magią kruka, która zamyka krąg dwunastu. Od paru dni atmosfera w domu, którym Gwen mieszka wraz z mamą, rodzeństwem,
lady Aristą, ciotką Glendą i Charlott, jest napięta. Wszyscy czekają na ten
dzień w którym tajemniczy gen w końcu się objawi. Jednak to nie Charlotta cofa
się w czasie, ale Gwen. Na jaw wychodzą kolejne tajemnice, a w głowie
dziewczyny kłębi się milion pytań, na które nikt nie chcę udzielić jej
odpowiedzi.
Czerwień Rubinu to książka, do której byłam
rożnie nastawiona. Dlaczego? Pierwsze moje spotkanie z Trylogią Czasu odbyło się ponad rok temu. Wtedy pokusiłam się o
audiobooka, który otrzymałam od Agnieszki z bloga Niekończące się marzenia. I już
wiem że za audiobookami nie przepadam. Wolę sama wyobrażać sobie świat
stworzony przez autora, a jak wiadomo, czytający w jakiś sposób narzuci nam
swoją wizję świata i bohaterów, np. odpowiednio intonując wyrazy czy zdania. I
tak przy pierwszym podejściu książka mi się spodobała, stwierdziłam, że z
chęcią sięgnę po tomy kolejne, ale nie polubiłam głównej bohaterki. Gwendolyn
niesamowicie działała mi na nerwy.
Gdy
pod choinką znalazłam czytnik (nie ma to jak trafiony prezent od kochanego
męża) postanowiłam wrócić do Trylogii
Czasu. I tak przeczytałam tom drugi i trzeci, ale po tak długiej przerwie słabo pamiętałam wydarzenia z tomu
pierwszego. Dlatego sięgnęłam i po Czerwień
Rubinu, aby spróbować jeszcze raz, bo już w kolejnych tomach Gwen nie wydała
mi się wcale osobą puściutką, a wręcz zapałałam do niej sympatią.
Kocham
książki z jakąkolwiek magią w tle, gdzie pojawia się miłość między dwojgiem głównych
bohaterów i muszą oni walczyć z przeciwnościami losu i odgadnąć tajemnice,
które mnożą się na potęgę. Mam ogromną słabość do takich powieści i to właśnie
po nie sięgam ostatnimi czasy najczęściej. Cóż – są lekkie, czyta się je
szybko, a w dodatku wciągają tak, że po ich przeczytaniu niemal ma się kaca
książkowego. Na mój kryzys czytelniczy takie lektury są jak miód na duszę. I
chociaż lat mi już przybywa, a nie ubywa, to będę sięgać po coraz to nowe
pozycje, o ile będą się pojawiać na rynku czytelniczym. A gdy doczekam się dzieci
będę je podsuwać swojej córce.
Książka
Keristin Gier ma w sobie motyw, który
jest dość rzadko poruszany. Chodzi mi
oczywiście o podróże w czasie. Geer
była chyba pierwszą autorką, która pokusiła się o napisanie książki z tym
motywem przewodnim (po niej była oczywiście Rysa Walker wraz z Achriwum
Chronosa. Ja nadal czekam na drugi tom J). Jest to coś nowego i muszę
przyznać że autorka bardzo dobrze poradziła sobie z tym tematem. Rozsiała mnóstwo tajemnic,
skutecznie zachęcając czytelnika do sięgnięcia po pozostałe tomy. W dodatku po
ponownej lekturze Czerwieni Rubinu
całkowicie zmieniłam zdanie o Gwen i niesamowicie ją polubiłam. Główna
bohaterka jest na pierwszy rzut oka zagubioną w tym wszystkim, w co została
wplątana, zwłaszcza, że jest nie przygotowana do misji, jaką ma pełnić u boku
Gideona. Członkowie loży uważają ją za podejrzaną, a Gideon za kogoś, kto jest
mu zupełnie zbyteczny. Uważa, ze sam dokończy misje, skoro to nie Charlotta
okazała się być tą, która nosi gen podróży w czasie.
| autorka |
Tajemnice
to coś, co autorka polubiła. I jedną łatwo można przejrzeć, już niemal po ¾
książki byłam pewna jednej rzeczy, ale to, jak do tego dojdzie Gwendolyn
zaciekawiło mnie niezmiernie. Oraz dlaczego znalazła się w pewnym miejscu w
pewnym czasie. Pierwszy tom opisuje wydarzenia z perspektywy 4-5 dni, ale
wydaje się że obejmuje on znacznie dłuższy okres czasu. Dzieje się tak dlatego
że Kerstin Gier przyłożyła się do
swojej roli i wszystkie wydarzenia starała się opisać dość dokładnie, ale nie
przeciągając nudnych momentów. Kiedy trzeba było, streszczała coś w dwóch
zdaniach, a niekiedy dość wyraźnie się nad czymś rozpisywała.
Czerwień Rubinu jest to książka która czyta się
z wielką przyjemnością i bez problemu wczuwa się w postać Gwen (przynajmniej ja
tak miałam, a to dlatego, że jak już wspomniałam, kocham takie powieści).
Jeżeli chcecie spędzić zimowe, mroźne wieczory z lekturą lekką, wciągającą to
szczególnie polecam wam Czerwień Rubinu.
