Z
utęsknieniem wyczekuje na ostatnie części trylogii, serii wydawniczych.
Wzdycham. Czekam na wyjaśnienie wszystkich spraw, rozwiązanie zagadek,
rozwianie mgły tajemnicy. Gdy książka trafia już w moje ręce jej przeczytanie
odwlekam, bo wiem że to ten jedyny raz, kiedy będę mogła tak przeżywać
wydarzenia, które autor zamieścił w książce. I jeżeli poprzednie części mi się podobały, to
mam wielkie oczekiwania. Pragnę lektury która mną wstrząśnie i wciągnę w wir
wydarzeń tak, że nie będę mogła się od niej oderwać nawet na chwilę, a jeżeli
już będę musiała, myślami wciąż będę przy bohaterach. Tak było w przypadku Venli, ostatniego tomu trylogii Masteczka Polaksaki.
Noora
zaginęła. Nie wiadomo co się z nią stało. Po sprawie Laury, która wstrząsnęła
całe miasteczko, niektórzy ze strachem zaczynają myśleć o młodej, zaginionej
dziewczynie. Szczególnie Mia, która trafia na trop, który pomógłby jej
rozwiązać te zagadki. I chociaż nikt jej nie wierzy, stara się sama, bez pomocy
policji, doprowadzić sprawę do końca. Czy jej się to uda? Czy Mia dowie się
także, co stało się jej starszej siostrze, Venli?
Pomimo,
że ta trylogia zbierała przeróżne opinie, mi się podobała. Pierwszy tom
przeczytałam dwa lata temu w wakacje, dlatego też kojarzył mi się z chłodem,
orzeźwieniem podczas fali upałów, podczas których miałam ochotę nie wstawać.
Tak samo było w przypadku Noory, a po
jej zakończeniu z wielką niecierpliwością czekałam na następny, ostatni tom.
Miałam nadzieję że zakończenie będzie wstrząsające, wbije mnie w fotel, dlatego
też z utęsknieniem czekałam na premierę trzeciego tomu. I gdy dostałam go w
moje ręce niezwłocznie przystąpiłam do czytania. I skończyłam, ale przed
napisaniem czegokolwiek musiałam ochłonąć. I przemyśleć, żeby nie stwierdzić
nic pochopnie.
Wszystkie
wątki w Venli zostają rozwiązane –
Mia zajmuje się sprawą zaginionej Noory, bada na nowe poszlaki, a także wpada
na trop swojej dawno zaginionej, starszej siostry Venli. Spodziewałam się że autorzy
zafundują czytelnikowi jakieś fajerwerki, bum, które ożywi trzeci tom i nada
całej trylogii jakiś inny sens, po którym będzie można nazwać Miasteczko Polaksaki kryminałem który
zaskakuje… Niestety, książkę
przeczytałam w jeden wieczór (co można uznać za plus), ale nie potrafiłam ani
zżyć, ani przywiązać się do bohaterów. Nie potrafiłam wskrzesić w sobie żadnych
emocji - tych pozytywnych jak i negatywnych, co moim zdaniem jest najgorsze
podczas czytania. Wolałabym być wzburzona, zaznaczać poszczególne fragmenty,
aby móc je potem bez problemu obalić, ale .. tak nie było.
Nie
wiem czy potrafię napisać coś więcej. Starałam się, ale kolejne akapity
kasowałam. Lubiłam tę trylogię, miałam do niej sentyment, bo pierwszy tom, Laura, wprowadził mnie w świat skandynawskich
kryminałów. I dwa pierwsze tomy będę wspominać dobrze. Co do Venli… J.K Johansson stworzy.
Za książkę dziękuje Wydawnictwu Literackiemu!
