Kryminalna sprawa roku? | Soren Sveistrup "Kasztanowy ludzik"




Ta książka mnie poturbowała, wbiła w ziemię, przydeptała, kopnęła w sam brzuch i tak zostawiła. „Kasztanowy ludzik” wszedł mi do głowy i nawet po zakończonej lekturze, nie mogę o niej zapomnieć. Niech Was nie przerazi objętość tej małej cegiełki, bo ominie wam świetny kryminał, od którego nie da się oderwać.

W Kopenhadze pojawił się brutalny morderca, który na miejscu zbrodni pozostawia kasztanowe ludziki. Sprawę prowadzi Thulin, która szykuje się do zmiany wydziału, oraz Hess, który musi w wydziale chwilę przeczekać. Oboje mają inne spojrzenie na zbrodnię. Gdy na kasztanowym ludziku zostaje znaleziony odcisk palca, policjanci nie spodziewają się, że należy on do zaginionej rok temu dziewczynki, córki pani minister spraw społecznych. Co dwie sprawy mają ze sobą wspólnego? Co łączy kolejne ofiary kasztanowego ludzika? Rozpoczyna się śmiertelny taniec, a morderca wydaje się pociągać za wszystkie sznurki i być zawsze o krok przed Thulin i Hessem.


Ileż emocji wywołuje ta książka. Po pierwsze – nie jest ona dla czytelników o słabych nerwach. Nie i koniec. Jest w niej dużo brutalności, zbrodni, krzywdy najmłodszych. Mnie samej ciężko było przebrnąć przez pewne fragmenty, opisy czy wzmianki. Autor nie rozczula się nad czytelnikiem. Nie bawi się synonimy czy łagodne opisy. Soren Sveistrup pisze celnie, brutalnie i prawdziwie. Nie umniejsza krzywd bohaterów – on pokazuje je w całej okazałości. Gdy opisuje ciało denata, czujemy zapach krwi. Gdy bohaterowie wchodzą do jakiejś piwnicy – ogarnia nas ciemność i uczucie klaustrofobii. „Kasztanowy ludzik” bardzo działa na czytelnika. Nie da się o nim zapomnieć, nawet po zakończonej lekturze.  Wyobraźnia, podczas lektury chodzi na wysokich obrotach, ciało ogarniają dreszcze i adrenalina, a im bardziej zagłębiamy się w lekturę, to tym bardziej nie możemy się od niej oderwać. „Kasztanowy ludzik” to dość spora książka, ale nie jest przegadana czy nudnawa. Ciągle się coś dzieje i czytelnik nie może nawet złapać tchu, a co dopiero liczyć strony do końca. Ba, ja nie chciałam kończyć tej czytelniczej przygody, bo dla mnie lektura książki Sveistrupa była istną kryminalną ucztą. Śledztwo, które prowadzą Hess i Thulin jest dziwne i przerażające. W większości kryminałów czytelnik jest o krok przed bohaterami, bo autor przenosi go do innego czasu, zmienia perspektywy. Tutaj nie da się przewidzieć nic. Autor wodzi za nos bohaterów i czytelników za nos, a nowe tropy prowadzą do nikąd. Nie sądziłam, że ta historia wywoła we mnie aż tyle emocji. Jedyne, co mi przeszkadzało, to czas teraźniejszy, za pomocą którego autor napisał „Kasztanowego ludzika”. Na szczęście po kilkunastu stronach na tyle się zaangażowałam, że przestało mnie to irytować.



Autor wykreował bohaterów ciekawych; jeżeli ktoś pojawia się na scenie, dość dokładnie go charakteryzuje, tak żeby czytelnik mógł zbudować w głowie dokładny obraz. Jednak zarówno Thulin, jak i Hess są dla mnie bardzo tajemniczy, a mężczyzna już szczególnie. Ekscentryczny, chodzący własnymi ścieżkami, z przeszłością, mało rozmowny – tymi cechami można go w stu procentach scharakteryzować. Hess nie jest pozbawiony wad – one wręcz wypychają się na pierwszy plan. Czuje niedosyt, bo nie rozgryzłam go i mam nadzieję, że autor pokusi się o napisanie drugiej części. Paradoksalnie, o wiele bardziej polubiłam mężczyznę niż Thulin, która ślepo zapatrzona w przeniesienie nie zwracała uwagi na oczywiste poszlaki i argumenty Hessa.

„Kasztanowy ludzik” to idealny kryminał, na długie listopadowe wieczory. Wciąga, rozgrzewa, pobudza wyobraźnię i nie daje o sobie zapomnieć.

Prześlij komentarz

My Instagram

Made with by OddThemes | Distributed by Gooyaabi Templates