Ile raz chcieliście obejrzeć jakiś film, a nie wiedzieliście jaki? Ja tak miałam na raz. Nie chciało mi się chodzić po różnych stronach, przeglądać i wybierać. Potrzebowałam jakiegoś kompendium, na którym znalazły by się filmy polecane przez innych. Nie przez krytyków. I dlatego postanowiłam zaprosić do współpracy innych bloggerów książkowych i zaprezentować wam ich ulubione filmy. Dzisiaj prezentuje wam część pierwszą, bo nie spodziewałam się że aż tyle osób weźmie w tym udział!
Iza z bloga Dość Poważnie
Nie jestem kinomanem, stoję na bakier z nowościami, ale czasami zdarzy mi się obejrzeć film. Najczęściej wybieram tytuły, w których grają lubiani przeze mnie aktorzy, ekranizacje i współczesne adaptacje baśni. Jeśli miałabym coś polecić, to na pewno byłaby to Przerwana lekcja muzyki z Winoną Ryder i Angeliną Jolie w rolach głównych. Próba samobójcza, szpital psychiatryczny, zderzenie charakterów i cudowna ścieżka dźwiękowa. To nie jest łatwe, przyjemne kino na wieczór z przyjaciółką i ploteczki w tle. Ten obraz najlepiej smakuje w samotności. Jest ambitny, mądry, coś wnosi i zmienia.
Efekty specjalne są mile dla oka, szczególnie, gdy pokazują świat fantastyczny albo wyśniony. Incepcja nie pozwala na roztargnienie, wyjście do kuchni po herbatę, na chwilę nieuwagi. Dużo się dzieje, często niejasnych dla widza rzeczy, trochę szybko, zwroty akcji wprawiają w zdumienie i podziw – to lubię, cenię, to dla mnie wyzwanie. Świetny pomysł, obsada (m.in. Leonardo DiCaprio), muzyka i zagadkowa końcówka.
Gdy zaczynałam studia dziennikarskie, zawód ten miał inny niż wydźwięk, znaczył więcej, był bardziej szanowany i prestiżowy. Cena prawdy zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, że byłam dumna ze swojego wyboru. Opowiada bowiem o dziennikarce, która trafiła na sensacyjną informację, napisała artykuł, a prokurator domaga się od niej źródła. Główna bohaterka milczy, nie zdradza, zasłania się tajemnicą dziennikarską i… idzie do więzienia. Poruszający, mocny, na długo zapadający w pamięć.
Karolina z bloga Zwiedzam Wszechświat
Chciałabym dziś polecić Wam dwa niezwykłe filmy. Pierwszy z nich jest ekranizacją
powieści Williama Goldinga, to "Władca much" w reżyserii Harry'ego
Hooka. To mrożąca krew w żyłach historia grupki chłopców, których
samolot rozbija się na bezludnej, tropikalnej wyspie. Dzieci nagle zostają
same, pozbawione opieki dorosłych, a próbując jakoś przetrwać, tworzą własne
zasady wzorując się na prawach stworzonych przez dorosłych. Bardzo szybko
dochodzi do rozłamu w grupie, eskaluje konflikt między dwoma najbardziej
charyzmatycznymi chłopcami, który ostatecznie prowadzi do tragedii. Dzieci,
upojone wolnością, brakiem reguł i nadzoru dorosłych, dosłownie dziczeją.
Zatraca się ich moralność, umiejętność rozróżniania dobra i zła, sumienie. Dają
upust najgorszym instynktom i sadystycznym zapędom, posuwają się coraz dalej,
tracą kontrolę nad swoim zachowaniem i przesuwają tolerancję swoich czynów;
nietrudno wyobrazić sobie, co jeszcze mogłoby się stać, gdyby nie przybycie
dorosłych... Zarówno powieść, jak i film są idealnym odzwierciedleniem słów
Freuda: "Dzieci nie są zwyczajnie złośliwe, one są złe". Obraz
udowadnia, że tak jest w istocie; że brak nadzoru dorosłych, strażników
moralności (jakkolwiek by to nie zabrzmiało) i praw cywilizacji, ochronnego
pancerza dobrego wychowania, jest zgubny dla kształtującej się dziecięcej
psychiki. Pokazuje, jak niewiele potrzeba, by wszystkie wpajane normy moralne,
zasady współżycia społecznego, wzięły w łeb w obliczu nieskrępowanej wolności
(pojmowanej jako ignorowanie wszelkich zasad i folgowanie swoim instynktom) i
braku kontroli. Jak bardzo dzieciom potrzebne są wyraźne i stanowczo
egzekwowane zasady moralne, uświadamia, że wbrew potocznym opiniom nie są one
niewinne, dobre z natury, nieskażone złem. "Władca much" to
wstrząsający, mocny, dający do myślenia obraz, gorąco polecam.
Drugą moją propozycją jest "Dwunastu gniewnych ludzi"
Sidneya Lumeta z 1957 roku. To genialny wręcz dramat
sądowy, aktorski, psychologiczny i klimatyczny majstersztyk, który mimo tego,
że cała akcja ogranicza się do klaustrofobicznej sali obrad sędziów
przysięgłych, trzyma w napięciu bardziej, niż niejeden dreszczowiec.
Fabuła filmu jest prosta: dwunastu przysięgłych ma za zadanie orzec, czy
oskarżony o zabójstwo ojca chłopak jest winny czy niewinny. Wszelkie dowody,
zeznania świadków wskazują na jego winę, tak więc wydaje się, że decyzja
przysięgłych będzie oczywista, a podjęcie jej zwykłą formalnością. Tylko jeden
z ławników nie zgadza się z pozostałymi, przekonanymi o winie oskarżonego, co
więcej - próbuje przekonać do swego zdania innych, siejąc uzasadnione
wątpliwości, podważając zgromadzone dowody i zeznania świadków. Historia jest
bardzo przewrotna, bo ostatecznie ławnikowi udaje się przekonać pozostałych,
niemożliwe stało się możliwe, zaś śledzenie tego procesu krok po kroku
dosłownie zapiera dech w piersiach. Film niesamowicie wielowymiarowy, o
zadziwiającej głębi psychologicznej, mocno zapadający w pamięć, generujący
multum refleksji nie tylko dotyczących niedoskonałości aparatu sądowego i
osądów człowieka, powstałych na drodze krzywdzących stereotypów - w istocie
każdy z bohaterów jest doskonałym materiałem analizy psychologicznej, choćby
wypowiedział ledwie dwa zdania. Film bogaty w treść, każda wypowiadana kwestia,
każdy gest, ma głębokie znaczenie i coś nam mówi o konkretnym bohaterze.
Życzyłabym sobie - i Wam - więcej tak esencjonalnych obrazów filmowych,
tak satysfakcjonujących pod każdym względem.
Angelika z bloga Lustro Rzeczywistości
Wszyscy znajomi wiedzą, że w obecnych czasach nie oglądam filmów, ponieważ całkowicie porzuciłam je dla książek. Czasem zdarza mi się zryw i biegnę do kina na jakąś superprodukcję, jednak są to odosobnione przypadki (w tym tygodniu obejrzę Wołyń, ale tylko dlatego, że wiele scen zostało nakręconych w mojej okolicy, a statystowali mieszkańcy mojej miejscowości).Są jednak dwa takie filmy, które mogę oglądać do upadłego.
Po pierwsze Uwierz w ducha z genialnymi kreacjami Patricka Swayze i Demii Moore. Był to pierwszy „dorosły” film, jaki ukradkiem obejrzałam i bez pamięci zakochałam się w Patricku. Dzisiaj film ten nieco trąci myszką, a efekty „specjalne” troszkę śmieszą, jednak te 16 lat temu oglądałam film z zapartym tchem i mocno przeżywałam perypetie bohaterów. Nie uwierzycie, ale w ówczesnych czasach film uchodził za szokujący i nosił pewne znamiona thrillera. Trzymał w napięciu, wzruszał i bawił, a do tego czarował cudną ścieżką dźwiękową. Zawierał również jedną z najbardziej zapamiętywanych, sensualnych scen miłosnych. Do dziś go uwielbiam i oglądam przynajmniej raz w roku.
Po drugie – Miasto aniołów. Kocham ten obraz za grę aktorską, ponieważ Ryan i Cage oddali rolom całych siebie i pokazali nostalgiczne, emocjonalne ujęcie rodzącego się uczucia anioła i młodej lekarki, gdzie nic nie jest oczywiście. Uwielbiam ponadczasowy sposób pokazania miłości, niełatwej, nieco wstydliwej, schowanej gdzieś za kurtyną konwenansów. Cenię ścieżkę dźwiękową, w której dominują fortepian, gitar i skrzypce. Kilka utworów szczególnie wpada w ucho, co nie dziwi, biorąc pod uwagę nazwiska autorów: Jimi Hendrix, Paula Cole czy Sarah McLachlam. A piosenka ostatniej pani, czyli In The Arms Of The Angel to mój ulubiony utwór ever.
Olga Majerska Okiem wielkiej siostry
Kiedy zadałaś mi pytanie o ulubione filmy pomyślałam sobie – „Bułka z
masłem, przecież mam ich dziesiątki”. Moja druga myśl brzmiała – „O matko,
przecież mam ich dziesiątki!” Wybór wcale nie należał do najprostszych, ale po
zażartych bojach i długich dysputach z samą sobą udało się:
Źródło Darren Aronofsky – o tym filmie
mogłabym rozmawiać godzinami. Piękna, niejednoznaczna fabuła rozdzielona na
trzy plany czasowe, doskonałe zdjęcia i magiczna, rozbrajająca muzyka Clinta
Mansella. Prosta opowieść o próbie uratowania ukochanej kobiety, w wizji
Aronofsky’ego zmienia się w dzieło o nieśmiertelności i mitycznym drzewie życia,
które fanom literatury może przypominać utwór rodem z nurtu realizmu
magicznego. W Źródło trzeba się wgryzać, smakować każdą jego
warstwę, by pojąć, że jest to film pełny, skończony i doskonały.
Big Lebowski – właściwie nie
wyobrażam sobie, by w zestawieniu moich ukochanych filmów mogło zabraknąć tego
szalonego dzieła braci Coen. Życie „Dude’a” Lebowskiego jest nieskomplikowane,
pięknie proste. Gra w kręgle z przyjaciółmi, popija białego Rosjanina i popala
trawkę, jak na starego pacyfistę przystało. Sielanka kończy się, gdy ktoś sika
na jego dywan! Absurd, tony humoru i genialna rola Johna Goodmana, który wypada
niesamowicie przekonująco jako psychotyczny weteran wojny w Wietnamie.
Najlepsze w tym filmie jest jednak to, że pod powłoką komedii czai się smutna
prawda o współczesnym świecie. Genialne kino.
Bękarty wojny – Tarantino stanął w konkury z
Polańskim, Smarzowskim i Coppolą, i po prostu musiał wygrać, bo Bękarty
wojny (podobnie jak inne jego filmy) mogłabym oglądać w kółko. To
historia prawdziwie krwistej zemsty, która, choć ubrana w historyczne
dekoracje, nie wydarzyła się nigdy. Zamach na Hitlera? Byłoby pięknie,
zwłaszcza gdyby stało się to tak, jak u Tarantino. W tym filmie wszystko
dopracowane jest do perfekcji i nawet nie wiem, co zachwyca mnie bardziej:
dialogi, które zostają w pamięci na długo po seansie, czy kapitalna gra
aktorska.
Ruda z bloga Ruda Recenzuje
Słodki listopad oglądałam wielokrotnie. I za każdym
razem wywołuje we mnie podobne emocje i refleksje. To przepiękne połączenie
humoru i smutku, niezwykła kombinacja prawdziwego życia i bajecznej wyobraźni.
To film o ludziach- tym jacy jesteśmy i jacy moglibyśmy być. To obraz bardzo
sugestywny i wzruszający, z pięknym przesłaniem, nieprzewidywalnym zakończeniem
oraz lubianymi aktorami.
Hotel Rwanda ujął mnie przede wszystkim swym
przekazem. Wierzę, że warto wiedzieć, co dzieje się na świecie. Być świadomym
wciąż wyrządzanego zła. Ten film opowiada o ludobójstwie w Rwandzie sprzed
zaledwie kilkunastu lat i ludziach, którzy gotowi byli pomóc. Lubię do niego
wracać, choć poszczególne sceny wywołują wielki smutek. I jeszcze kilka filmowych
piosenek, które łamią mi serce.
Jeszcze dalej niż północ to film zabawny,
przewrotny, a także nieco dziwny. To obraz, którego nie można łatwo pozbyć się
z pamięci. Wspaniała francuska komedia pełna zaskakujących zwrotów akcji i
niecodziennych pomyłek. Bardzo dobrze zrealizowany, pokazujący jak można bawić
się konwencją i słowem, z lekkim przymrużeniem oka. Świetny.
Natalia z bloga Osobliwe Delirium
Jeśli ktoś zapytałby mnie o ulubiony film, pierwsza myśl to Oszukana w
reżyserii Clinta Eastwood'a. Jest to dramat obyczajowy oparty
na faktach z roku 2008. Opowiada on o Christie, której syn w nieodgadnionych
okolicznościach zaginął, następnie kilka lat później odnalazł. Jednak matka
dostrzega, że nie jest to jej dziecko. Zwróciłam uwagę na ten film ze względu
na Angelinę Jolie, którą wprost uwielbiam. Także i tym razem pokazała, na co ją
w pełni stać, kreując swoją postać niezwykle realnie, doprowadzając widza do
łez. Akcja, która dzieje się w latach 20' została idealnie ukazana, nie miałam
wątpliwości, że scenografowie odwalili kawał dobrej roboty. Ten film dostarcza
wiele emocji, niekonieczne dobrych. Występuje tu widoczna granica pomiędzy
dobrem, a złem, a nic nie jest takie oczywiste, na jakie mogłoby się wydawać.
Jeśli szukacie czegoś wzruszającego, ale zarazem szokującego, ten film
jest dla Was!
Drugą produkcją, do której lubię powracać jest V jak Vendetta Jamesa
McTeigue'a, czyli film fabularny, którego akcja dzieje się w dystopijnym
społeczeństwie przyszłości w Londynie. Tu także zwróciłam uwagę na damską
główną rolę, która przypadła Natalie Portman. Niewątpliwie jest to film, który
daje do myślenia, za sprawą V - człowieka bez twarzy, który w akcie zemsty za
eksperymenty na nim i pozostałych ludziach, nie waha się przed niczym, oraz
Evey - niewinnej dziewczynie, która prowadzi dość proste życie, nie wyróżnia
się niczym. Spotkanie tej dwójki jednak spowoduje ogromną metamorfozę
dziewczyny, która odciśnie na niej swe piętno, zmieniając ją doszczętnie,
podczas gdy V będzie chciał odsłonić przez obywatelami kłamstwa zatarte przez
totalitarne państwo. Oprócz wspaniałej gry aktorskiej, w tym filmie urzekła
mnie atmosfera, która jest dość specyficzna i wciąga widza od razu. Niewątpliwe
ta produkcja ma w sobie "to coś", choć ja nadal zastawiam się, co to
takiego.






