Autor : Amanda Hocking
Wydawnictwo : Amber
Liczba stron : 300
Uwaga. Jest to
trzecia część trylogii, więc jeżeli ktoś nie czytał poprzednich części, niech
odpuści sobie tą recenzję, ponieważ zostały tutaj użyte wydarzenia, które autorka zamieściła w tomie
pierwszym i drugim.
Wendy przejmuje powoli obowiązki matki, która z dnia na
dzień jest coraz słabsza. Czuję, ze nie jest lubiana przez swoich poddanych.
Dodatkowo, wielkimi krokami zbliża się jej ślub z Tove, młodym szlachcicem
Trylli. Niebezpieczeństwo ze strony Vitrry pozornie zostało zażegnane, przez
traktat jaki zawarła z Sarą, żoną swojego ojca. Jednak Oren nie próżnuje i atakuje co róż nowe osady
Trylli, używając przy tym hobgoblinów- małych i pokracznych stworków,
obdarzonych niezwykłą siłą. Problemy na głowie Wendy piętrzą się z dnia na
dzień. Dochodzi do niech również nieszczęśliwa miłość. Czy dziewczyna poradzi
sobie z otaczającą ją rzeczywistością?
"- Nie spałeś-Śmiałam
się.- Nie pamiętasz co się stało?
Zmarszczył brwi, przypominał sobie i w jego oczach błysnęło zrozumienie.
- Pamiętam...- Dotknął mojej twarzy - Pamiętam, że cię kocham.
Pochyliłam się, mocno pocałowałam go w usta. Przytulił mnie do siebie."
Zmarszczył brwi, przypominał sobie i w jego oczach błysnęło zrozumienie.
- Pamiętam...- Dotknął mojej twarzy - Pamiętam, że cię kocham.
Pochyliłam się, mocno pocałowałam go w usta. Przytulił mnie do siebie."
Pierwsza część mi się spodobała. Druga, aż tak pozytywnego
wrażenia na mnie nie wyrwała. Natomiast trzecia nie wywołała u mnie emocji.
Była mi obojętna. Nie mogłam „wczuć się” w Wendy. Nie potrafiłam razem z nią
przeżywać tych wszystkich zdarzeń : ślubu, wojny, śmierci matki. Było mi to
wszystko strasznie obojętne.
Autorka jednak za dużo miejsca poświeciła nieistotnych
szczegółom, takim jak na przykład : porządkowanie miasta po ataku Vitry. Rozumiem,
że straszne zniszczenia trzeba w końcu uporządkować, ale wystarczyłby jeden
akapit, który streściłby to wszystko, a nie cały rozdział, w którym opisywane
jest jak Wendy zbiera kamienie. Takich fragmentów i zdarzeń jest więcej,
niestety.
Jako że jest to ostatnia część trylogii oczekiwałam czegoś
wstrząsającego, wywołującego cały grad emocji który rozłoży czytelnika na
łopatki. Oczekiwałam czegoś takiego. Jednak się zawiodłam. Zakończenie jak dla
mnie było nijakie, śmieć powiedzieć że nawet nudne, bo w pewnym momencie
złapałam się na tym, że myślę o … przepisie na ciastko (gdzie uwierzcie mi,
daru do pieczenia to ja nie mam za grosz). Jednak autorka mnie zaskoczyła i (tutaj SPOILER ) ponieważ pierwszy raz
spotkałam się z czymś takim. W powieściach typu paranormal romance zazwyczaj
bohaterka zakochiwała się w jednej postaci i trwała w tej miłości do samego
końca (przynajmniej w książkach, które ja czytałam). Tutaj jest inaczej, bo
swoimi uczuciami Wendy obdarza …. (i tutaj pozostawię sobie chociaż tyle
godności, żeby nie zdradzić kto jest miłością bohaterki), ale nie jest nim
Finn. (KONIEC SPOILER’A)
"- Pomyślałem, że
nasze gołąbeczki zgłodniały - oznajmił. - Więc szef kuchni wyczarował istną
ucztę. - Postawił stolik koło kanapy i wbił w nas wzrok. - Choć moim zdaniem
leżycie za daleko od siebie jak na nowożeńców.
- O Boże - jęknęłam i podciągnęłam kołdrę na
głowę."
Nie wiem dlaczego, ale autorka chyba odczuła że źle
wykreowała postać Finna i postanowiła to zmienić w drugiej i trzeciej części,
robiąc niego TEGO ZŁEGO który łamie serca i zostawia piękne dziewczyny. A
szkoda, bo jako bohater przypadł mi do gustu. Wendy w tej części trochę
wydoroślała. Podejmuje rozważniejsze decyzje, dokonuje lepszych wyborów, jednak
momentami zachowuje się jak dziesięcioletnie dziecko.
Czytając „Przywróconą” miałam wrażenie że autorka chcę
zrobić z serii powieść dla bardziej dojrzalszych czytelników. I ta część nawet
trochę pod tym względem od swoich poprzedniczek odbiegała. Jednak ogółem cała
trylogia wywarła na mnie wrażenie z deka dziecinnej, ale ciekawej.
Jako że jest to ostatnia część serii Trylle postanowiłam
podsumować całą trylogię. Robię to również dlatego, ze jest to pierwsza seria,
którą skończyłam od bardzo dawna. Po głębszym zastanowieniu stwierdzam że
autorka pomysł miała – bardzo dobry i zarazem oryginalny. Bo powiedźcie mi, czy
w jakiejkolwiek książce paranormal romance spotkaliście może postacie trolii?
No trochę zmienionych, jednak autorka żeby trochę „podreperować” wprowadziła
hobgobliny, stworki, które bardziej przypominają nam typowe trolle. Jak
wspomniałam pomysł był, ale wykonanie psuło się z każdą częścią coraz bardziej.
Wspomnę że najbardziej przeszkadzał mi
zwrot „królewna”, który kojarzy mi się tylko i wyłącznie z baśniami dla dzieci,
a zupełnie nie pasuje do tej trylogii.
ZAMIENIONA | ROZDARTA | PRZYWRÓCONA