| źródło |
Właśnie skończyłam czytać książkę „Moja Irlandia” i powiem
wprost, że spodziewałam się czegoś lepszego. Dlaczego? Z opisu, który widnieje
na okładce wyczytałam że jest to powieść o kobiecie która opuszcza rodzinny
kraj i wyjeżdża do ukochanego, do Irlandii. Tam doznaje wewnętrznej
przemiany oraz że jest to powieść dla
wszystkich kobiet. Ja chyba nią nie jestem, skoro książka wcale mi do gustu nie
przypadła.
Maria po obronie magisterki wyjeżdża do ukochanego, do
Irlandii. Zastaje tam stęsknionego
Michała, piękny dom i samochód. Jest szczęśliwa. Stęskniona ukochanym prawie
wcale go nie opuszcza. Jednak sielanka nie trwa długo. Nagle popada w depresje
i jej życie się zmienia.
Książkę przeczytałam z wielkim trudem i przyznaję się do tego szczerze. Już
od pierwszych stron niezmiernie mnie męczyła i nudziła, niestety. Nie działo
się w niej prawie nic, a długie opisy każdej czynności, mebla, pokoju
doprowadzały mnie do szewskiej pasji. W dodatku, połowę zdań z czystym sercem
wyrzuciłabym podczas korekty, bo wcale tam nie pasowały. Widać, że autorka
starała się wprowadzić akcje. Nie chciała, aby jej powieść była nudna.
Niestety, według mnie jej się to nie udało. Bo nawet jeżeli już akcja zaczynała
ciekawić to rozległe opisy ponownie nużyły. I tak w kółko.
Głowna bohaterka jest postacią bezbarwną. Nie wiadomo
dlaczego przechodzi załamanie nerwowe i nagle z kobiety szczęśliwej, kochającej
i kochanej staje się pasywna, bierna. I ma depresje, co widać gołym okiem. Nie
ma ochoty czytać książek, które piętrzą się na stoliku (tutaj długi opis jak w
Irlandii zdobywane są polskie powieści). Aż do czasu gdy poznaję dwójkę
Polaków, z którymi spędza dużo czasu. I uświadamia sobie wtedy że nie kocha
Michała, tylko Tomasza. Jednak go „zostawia” dla przystojnego wykładowcy języka
angielskiego. Jak dla mnie bohaterka sama nie wiedziała czego chcę. Była
strasznie niezdecydowana i motała się we własnych uczuciach. I tutaj możecie
sobie pomyśleć, ze skoro targały nią ‘huragany namiętności’ (podoba mi się to
stwierdzenie J)
nie jest postacią bezbarwną, a raczej rzucającą się w oczy. Pewnie nie raz i
nie dwa zdarzyło się wam czytać książkę, gdzie główna postać ginie wśród
opisów, zdarzeń i miejsc. Tak jest i w tym przypadku. Dla mnie Maria była
postacią szarą, która nic nowego do powieści nie wnosiła, chociaż to wokół niej
skupiała się cała ‘akcja’.
Nie raz i nie dwa odkładałam książkę, jednak ponownie po nią
sięgałam. Masochistka? Może. Jednak miałam nadzieję ze coś się zmieni. W
dodatku przerażała mnie wizja, iż będę musiała ją za dwa, trzy dni znowu
podnieść i przeczytać. Więc wolałam oszczędzić sobie zbędnych uczuć i skończyć
ją szybko, aby sięgnąć po bardziej satysfakcjonujące mnie lektury. Że na następnej
stronie opisy zmaleją, a podczas czytania będzie można wyczuć jakieś emocje. Bo
to jest kolejny minus powieści. Oprócz nudy, znużenia i niecierpliwości nie
towarzyszyły mi inne emocje. Nie czułam więzi z bohaterami i ich losy były mi obojętne.
Czasami czułam się, jakbym czytała przewodnik po Irlandii.
Autorka nie szczędziła opisów miejsc (bardzo, ale to bardzo szczegółowych) i
zdjęć. I nie były to zdjęcia złe. A gdyby były kolorowe, to można by było
zobaczyć coś więcej.
Należy spojrzeć na to jeszcze od innej strony. Autorka musiała dużo czasu i uwagi poświęcić powieści, aby opisać wszystko tak dokładnie. Doszłam do wniosku, że kocha również Irlandię. Ogrom pracy, jakie pani Maćkowska włożyła w powieść jest widoczny, ale jakoś wszystko nie potrafiło mi się zgrać.
Nie spodziewałam się że zdołam aż tyle napisać o złej książce.
Niektórym może się ona spodobać, ale ja osobiście ją odradzam. Szara bohaterka,
rozległe i nudne opisy oraz brak emocji sprawiają iż ‘Moja Irlandia” jest książką
zgoła nudną i irytującą.
Książka przeczytana w ramach wyzwań : Polacy nie gęsi, Czytamy powieści obyczajowe, Pierwsze słyszę.
Za egzemplarz dziękuje Wydawnictwu Novaeres.